"Wszystko dla Boga i Polonii" — 1990 - 2015
-
25 lat stałej pracy duszpasterskiej kapłanów Towarzystwa Chrystusowego w archidiecezji Dijon.
Opieka duszpasterska nad Polakami zamieszkującymi departament 21 Côte d'Or rozpoczęła sie z początkiem lat pięc dziesiątych XX wieku. Sprawowali ja Księża Pallotyni : min. w latach 1952-1977 dojeżdzal regularnie, raz w miesiącu Ks. Czeslaw Wędzioch SAC z Osny w regionie paryskim. Miejscem spotkań Rodaków i celebracji mszy w języku polskim były Dijon, Beaune i Châtillon sur Seine. Następnie w latach 1977-1980 byli to kolejni Pallotyni: Ks. Jan Wroński SAC i Ks. Stanisław Jurkowski SAC.
«Tout pour Dieu et l’émigration polonaise"( 1990 – 2015 )
25 ans de la pastorale permanente des prêtres de la Société du Christ dans l’archidiocèse
de Dijon.
La pastorale des polonais habitant la Côte d'Or (département 21) a commencé dans
les années 50 du XXème siècle, ce sont les Pères Pallotins qui exerçaient cette fonction
:
dans les années 1952-1977 le Père Czeslaw Wedzioch SAC d'Osny en région parisienne
venait régulièrement une fois par mois. Les lieux de rencontre des compatriotes et de
célébration des messes en langue polonaise étaient Dijon, Beaune et Châtillon sur Seine.
Ensuite dans les années 1977-1980 ce sont d'autres Pères Pallotins
: le Père Jan Wronski
SAC et le Père Stanislaw Jurkowski SAC.
Livres des Pallotins morts
Le Curé de la Paroisse de Oignies
Jan Wronski
WROŃSKI Jan (1911 – 1998), ksiądz, więzień obozów Auschwitz i Dachau, duszpasterz polonijny we Francji, rekolekcjonista
Urodził się 11 XII 1911 w Kokoszkach (obecnie dzielnica Gdańska), w diecezji chełmińskiej, jako syn Jana i Anny z d. Kobierowska. Ojciec był urzędnikiem państwowym poczty i osiadł w Lipuszu, gdzie posiadał własny dom. Jan naukę w szkole powszechnej rozpoczął jeszcze w języku niemieckim, przed przeprowadzeniem się w granice państwa polskiego, a kontynuował w Lipuszu. 1 IX 1925 rozpoczął naukę w pallotyńskim gimnazjum w Sucharach, a następnie przeniósł się do Wadowic. Po ukończeniu gimnazjum otrzymał 21 VIII 1930 pallotyńską sutannę w Sucharach, z rąk ks. Wojciecha Turowskiego. Pierwszą konsekrację złożył 19 III 1932. Studia filozoficzno-teologiczne odbył w Sucharach i ostatnie 2 lata w Ołtarzewie. Święcenia kapłańskie otrzymał 11 VI 1938 w Warszawie z rąk abpa Stanisława Galla. Przez rok (1 VIII 1938 – 18 IX 1939) pracował jako katecheta w szkole powszechnej w Berezie Kartuskiej oraz w 4 innych okolicznych szkołach. Pomagał również w pracy duszpasterskiej (spowiednik, kaznodzieja) i prowadził rekolekcje.
Po inwazji sowieckiej opuścił Berezę i po kilkutygodniowej tułaczce udał się do Radomia. Wkrótce przeniósł się do Ołtarzewa, by od 1 XI 1939 zostać kapelanem w szkole Stowarzyszenia Pań „Nauka i Praca” na Żoliborzu w Warszawie; zajął się też pracą duszpasterską w różnych parafiach warszawskich. W VI 1940 został kapelanem Szpitala Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Książęcej. 12 VIII 1940, gdy wracał ze szpitala, został w czasie łapanki ulicznej wywleczony przez Niemców z tramwaju i aresztowany. Następnie osadzono go w koszarach szwoleżerów, a 15 VIII 1940 przewieziono do Auschwitz. Jechał w pierwszym transporcie 1666 więźniów z Warszawy do Auschwitz. Tam esesmani ubrali go w komżę, którą miał w teczce, na szyi zawiesili mu jego różaniec, przewrócili na ziemię i wśród wrzasków i śmiechów tarzali w błocie razem z Żydem, „przyjacielem polskich księży”, i z uciechą wykrzykiwali. Tego samego dnia przydzielono go do karnej kompanii. Jako duchowny był codziennie zabierany do najcięższych prac obozowych, do ciągnięcia olbrzymiego walca (w tej pracy zaangażowanych było 15 księży i 15 Żydów). Esesmani i kapo znęcali się nad nim, tylko dlatego, że był księdzem; prześcigali się też w pomysłach dręczenia, napawając się przy tym radością i wybuchami śmiechu. W obozie „Śpieszył się zawsze, aby zdążyć pocieszać i rozgrzeszać więźniów, którzy prosili o pomoc duchową. Potrafił on przekonywać kolegów w niedoli, aby otwierali swoje serca na działanie Ducha Świętego. Przyłapany przez esesmana, gdy robił znak krzyża nad konającym, został okrutnie pobity. Miał opuchnięte ręce, którymi się osłaniał, również i plecy. Z trudem się poruszał”. Po 5 miesiącach został przewieziony do Dachau (12 XII 1940) i oznaczony numerem 22236. Prowadzono na nim pseudonaukowe badania, zarażając malarią, które osłabiła mu serce i nadwyrężyła ogólny stan zdrowia.
Po wyzwoleniu obozu (29 IV 1945) udał się do Francji i jako członek regii francuskiej pracował początkowo w Chevilly k. Orleanu, a potem w Osny, gdzie przez 2 lata był ekonomem i wychowawcą chłopców (prefektem) w nowo otwartym Sierocińcu św. Stanisława Kostki, a w latach 1947-50 jego dyrektorem. W 1950 przeszedł do Oignies, do pomocy ks. Bronisławowi Wiatrowi, a po roku, został tam kierownikiem polskiego duszpasterstwa (parafia miała filie w Libercourt i Carvin). W I 1959 wrócił do Osny na stanowisko ekonoma (tu od 1950 funkcjonowało gimnazjum przeniesione z Chevilly k. Orleanu), na którym posługiwał przez 3 i pół roku, do śmierci ks. B. Wiatra (†19 V 1963), by po nim objąć placówkę duszpasterską w Amiens (wcześniej był tu duszpasterzem przez kilka pierwszych miesięcy 1960). Prowadził ją do 1977, początkowo mieszkając na miejscu, a od lat 70. dojeżdżając z Osny. Następnie wrócił do Osny, spełniając różne funkcje, m.in. był rektorem domu i pracował wśród polskich emigrantów (od 1975 w Dijon i w okolicach – 2 razy w miesiącu oraz we wszystkie święta kościelne).
Pod koniec życia zaczęły nasilać się choroby powstałe na skutek cierpień obozowych. Ograniczały one jego możliwości duszpasterskie i powodowały narastające inwalidztwo, które znosił cierpliwie i odważnie. Z początkiem 1998 zachorował ciężko i znalazł się w szpitalu. Miesiąc przed śmiercią przeżywał jeszcze w gronie współbraci, rodziny i przyjaciół jubileusz 60-lecia kapłaństwa. Zmarł 13 VII 1998 w Pontoise k. Paryża. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 16 VII w Osny. Uczestniczyli w nich współbracia pallotyni, pallotynki, rodzina zmarłego przybyła z Polski i Niemiec oraz przedstawiciele byłych więźniów obozów koncentracyjnych, przyjaciele i znajomi. Został pochowany na pallotyńskim cmentarzu w Osny.
Wśród towarzyszy niedoli obozowej uchodził za człowieka pełnego poświęcenia i podtrzymującego na duchu. Jeden z nich, dr Władysław Lewkowicz, złożył następujące świadectwo: „Całe swoje życie poświęciłeś służbie Bogu i służyłeś Mu jak najwierniej. […] Któż jest w stanie dzisiaj docenić czy policzyć, iluż to nieszczęsnym, zamęczonym i cierpiącym współwięźniom, pocieszając, przybliżyłeś Boga. Iluż to kolegom ginącym, odpuszczając grzechy, przybliżyłeś nieba. Wreszcie jeszcze innym, prowadząc ewangelizację, pomagałeś otwierać swoje serca na działanie Ducha Świętego. […] Zawsze zadziwiałeś nas swoją postawą i godnością, podtrzymując na duchu, często narażając swoje życie, przez 5 lat pobytu w obozie koncentracyjnym. Twoje bogate życie duchowe nie szczędziło ci ciężkich doświadczeń. W swojej wielkiej skromności pobyt w obozach uważałeś jako swoje przesłanie z Woli Bożej. Dzisiaj z czystym sercem mogę powiedzieć: dzięki Ci, Panie, że dałeś nam takiego księdza, ojca, pallotyna”.
Pobyt w obozach wywarł dominujący wpływ na całe późniejsze spojrzenie ks. Jana na Boga, świat i ludzi. Był to czas realizacji powołania kapłańskiego. Rok przed swoją śmiercią, podczas imienin, ks. Wroński powiedział, że na dnie cierpienia, w obozie koncentracyjnym, doświadczył, że Bóg jest Miłosierdziem i jego obecność była wtedy najbardziej odczuwalna. Ks. Stefan Treuchel, jego towarzysz życia określił ks. Wrońskiego jako człowieka cierpienia i głębokiej wiary. Mimo obozowych doświadczeń, które wywarły swój wpływ na niego pozostał nadal człowiekiem pogodnego ducha i otwartym na innych; nazywano go „Wujem”.
Ostatnio zmodyfikowano: 12 stycznia 2015 (uzupełniono 26 kwietnia 2015)
Tekst biogramu: Tylus Stanisław, Leksykon polskich pallotynów (1915-2012), Ząbki 2013, 619-621
Materiały źródłowe
Le Curé de la Paroisse de Oignies
Jan Wronski
WROŃSKI Jan (1911 – 1998), ksiądz, więzień obozów Auschwitz i Dachau, duszpasterz polonijny we Francji, rekolekcjonista
Urodził się 11 XII 1911 w Kokoszkach (obecnie dzielnica Gdańska), w diecezji chełmińskiej, jako syn Jana i Anny z d. Kobierowska. Ojciec był urzędnikiem państwowym poczty i osiadł w Lipuszu, gdzie posiadał własny dom. Jan naukę w szkole powszechnej rozpoczął jeszcze w języku niemieckim, przed przeprowadzeniem się w granice państwa polskiego, a kontynuował w Lipuszu. 1 IX 1925 rozpoczął naukę w pallotyńskim gimnazjum w Sucharach, a następnie przeniósł się do Wadowic. Po ukończeniu gimnazjum otrzymał 21 VIII 1930 pallotyńską sutannę w Sucharach, z rąk ks. Wojciecha Turowskiego. Pierwszą konsekrację złożył 19 III 1932. Studia filozoficzno-teologiczne odbył w Sucharach i ostatnie 2 lata w Ołtarzewie. Święcenia kapłańskie otrzymał 11 VI 1938 w Warszawie z rąk abpa Stanisława Galla. Przez rok (1 VIII 1938 – 18 IX 1939) pracował jako katecheta w szkole powszechnej w Berezie Kartuskiej oraz w 4 innych okolicznych szkołach. Pomagał również w pracy duszpasterskiej (spowiednik, kaznodzieja) i prowadził rekolekcje.
Po inwazji sowieckiej opuścił Berezę i po kilkutygodniowej tułaczce udał się do Radomia. Wkrótce przeniósł się do Ołtarzewa, by od 1 XI 1939 zostać kapelanem w szkole Stowarzyszenia Pań „Nauka i Praca” na Żoliborzu w Warszawie; zajął się też pracą duszpasterską w różnych parafiach warszawskich. W VI 1940 został kapelanem Szpitala Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Książęcej. 12 VIII 1940, gdy wracał ze szpitala, został w czasie łapanki ulicznej wywleczony przez Niemców z tramwaju i aresztowany. Następnie osadzono go w koszarach szwoleżerów, a 15 VIII 1940 przewieziono do Auschwitz. Jechał w pierwszym transporcie 1666 więźniów z Warszawy do Auschwitz. Tam esesmani ubrali go w komżę, którą miał w teczce, na szyi zawiesili mu jego różaniec, przewrócili na ziemię i wśród wrzasków i śmiechów tarzali w błocie razem z Żydem, „przyjacielem polskich księży”, i z uciechą wykrzykiwali. Tego samego dnia przydzielono go do karnej kompanii. Jako duchowny był codziennie zabierany do najcięższych prac obozowych, do ciągnięcia olbrzymiego walca (w tej pracy zaangażowanych było 15 księży i 15 Żydów). Esesmani i kapo znęcali się nad nim, tylko dlatego, że był księdzem; prześcigali się też w pomysłach dręczenia, napawając się przy tym radością i wybuchami śmiechu. W obozie „Śpieszył się zawsze, aby zdążyć pocieszać i rozgrzeszać więźniów, którzy prosili o pomoc duchową. Potrafił on przekonywać kolegów w niedoli, aby otwierali swoje serca na działanie Ducha Świętego. Przyłapany przez esesmana, gdy robił znak krzyża nad konającym, został okrutnie pobity. Miał opuchnięte ręce, którymi się osłaniał, również i plecy. Z trudem się poruszał”. Po 5 miesiącach został przewieziony do Dachau (12 XII 1940) i oznaczony numerem 22236. Prowadzono na nim pseudonaukowe badania, zarażając malarią, które osłabiła mu serce i nadwyrężyła ogólny stan zdrowia.
Po wyzwoleniu obozu (29 IV 1945) udał się do Francji i jako członek regii francuskiej pracował początkowo w Chevilly k. Orleanu, a potem w Osny, gdzie przez 2 lata był ekonomem i wychowawcą chłopców (prefektem) w nowo otwartym Sierocińcu św. Stanisława Kostki, a w latach 1947-50 jego dyrektorem. W 1950 przeszedł do Oignies, do pomocy ks. Bronisławowi Wiatrowi, a po roku, został tam kierownikiem polskiego duszpasterstwa (parafia miała filie w Libercourt i Carvin). W I 1959 wrócił do Osny na stanowisko ekonoma (tu od 1950 funkcjonowało gimnazjum przeniesione z Chevilly k. Orleanu), na którym posługiwał przez 3 i pół roku, do śmierci ks. B. Wiatra (†19 V 1963), by po nim objąć placówkę duszpasterską w Amiens (wcześniej był tu duszpasterzem przez kilka pierwszych miesięcy 1960). Prowadził ją do 1977, początkowo mieszkając na miejscu, a od lat 70. dojeżdżając z Osny. Następnie wrócił do Osny, spełniając różne funkcje, m.in. był rektorem domu i pracował wśród polskich emigrantów (od 1975 w Dijon i w okolicach – 2 razy w miesiącu oraz we wszystkie święta kościelne).
Pod koniec życia zaczęły nasilać się choroby powstałe na skutek cierpień obozowych. Ograniczały one jego możliwości duszpasterskie i powodowały narastające inwalidztwo, które znosił cierpliwie i odważnie. Z początkiem 1998 zachorował ciężko i znalazł się w szpitalu. Miesiąc przed śmiercią przeżywał jeszcze w gronie współbraci, rodziny i przyjaciół jubileusz 60-lecia kapłaństwa. Zmarł 13 VII 1998 w Pontoise k. Paryża. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 16 VII w Osny. Uczestniczyli w nich współbracia pallotyni, pallotynki, rodzina zmarłego przybyła z Polski i Niemiec oraz przedstawiciele byłych więźniów obozów koncentracyjnych, przyjaciele i znajomi. Został pochowany na pallotyńskim cmentarzu w Osny.
Wśród towarzyszy niedoli obozowej uchodził za człowieka pełnego poświęcenia i podtrzymującego na duchu. Jeden z nich, dr Władysław Lewkowicz, złożył następujące świadectwo: „Całe swoje życie poświęciłeś służbie Bogu i służyłeś Mu jak najwierniej. […] Któż jest w stanie dzisiaj docenić czy policzyć, iluż to nieszczęsnym, zamęczonym i cierpiącym współwięźniom, pocieszając, przybliżyłeś Boga. Iluż to kolegom ginącym, odpuszczając grzechy, przybliżyłeś nieba. Wreszcie jeszcze innym, prowadząc ewangelizację, pomagałeś otwierać swoje serca na działanie Ducha Świętego. […] Zawsze zadziwiałeś nas swoją postawą i godnością, podtrzymując na duchu, często narażając swoje życie, przez 5 lat pobytu w obozie koncentracyjnym. Twoje bogate życie duchowe nie szczędziło ci ciężkich doświadczeń. W swojej wielkiej skromności pobyt w obozach uważałeś jako swoje przesłanie z Woli Bożej. Dzisiaj z czystym sercem mogę powiedzieć: dzięki Ci, Panie, że dałeś nam takiego księdza, ojca, pallotyna”.
Pobyt w obozach wywarł dominujący wpływ na całe późniejsze spojrzenie ks. Jana na Boga, świat i ludzi. Był to czas realizacji powołania kapłańskiego. Rok przed swoją śmiercią, podczas imienin, ks. Wroński powiedział, że na dnie cierpienia, w obozie koncentracyjnym, doświadczył, że Bóg jest Miłosierdziem i jego obecność była wtedy najbardziej odczuwalna. Ks. Stefan Treuchel, jego towarzysz życia określił ks. Wrońskiego jako człowieka cierpienia i głębokiej wiary. Mimo obozowych doświadczeń, które wywarły swój wpływ na niego pozostał nadal człowiekiem pogodnego ducha i otwartym na innych; nazywano go „Wujem”.
Ostatnio zmodyfikowano: 12 stycznia 2015 (uzupełniono 26 kwietnia 2015)
Tekst biogramu: Tylus Stanisław, Leksykon polskich pallotynów (1915-2012), Ząbki 2013, 619-621
Materiały źródłowe
Pallotyni w Berezie Kartuskiej (1938-39) w świetle Żywotu Jana Wrońskiego tuszem pisanego
Archiwum
Regii Miłosierdzia Bożego w Paryżu posiada w swych zbiorach
interesujące wspomnienia ks. Jana Wrońskiego (†1998), więźnia obozów
Auschwitz i Dachau a następnie duszpasterza polonijnego we Francji.
Chronologicznie obejmują one czasy od urodzenia ks. Jana (1911) do
początku roku 1983. Zostały też przepisane na komputerze i czekają na
opracowanie redakcyjne. Z tych wspomnień wybrałem i przygotowałem do
druku fragment dotyczący lat 1938-39, kiedy ks. Jan pracował w Berezie
Kartuskiej (s. 32-34; całość liczy 117 stron). Rektorem tego domu był
wówczas ks. Walerian Siuda (†1953). Był tam jeszcze ks. Leon Chamier-Gliszczyński (†1996) ** i dwaj bracia.
****************************
Każdy
z nas nowo wyświeconych czekał na swoją placówkę. Ja już wiedziałem od
marca, [że] x. rektor z Berezy Kartuskiej pisał, że potrzebuje jednego
księdza do pomocy. Warunki: zdrowy jak koń, żołądek zdrowy jak koń,
długie buty – jak koń kopyt (sic!). Odpisałem mu, że mnie się wydaje, że
to wszystko mam i w takim zakresie jak on pisze. Odpisał mi, że
przyjmie mnie i załatwi z przełożonymi moją posadę. Tak też było. Ale mi
dopiero powiedzieli, że tam pójdę, 2 dni po świeceniach kapłańskich:
stawić się w Berezie Kartuskiej 6 sierpnia 1938 w klasztorze. Jeździłem
jeszcze żegnać się z krewnymi, pojechałem do Warszawy, potem do Brześcia
i do Berezy Kartuskiej. A stamtąd żydowską bryczką do Berezy
Kartuskiej, do klasztoru. Pojechałem tam przed obiadem, x. Siuda czekał
na mnie. Pokazał mi mój pokój, on musiał przechodzić przez mój do swego,
ale po 2 miesiącach odcięto już mały korytarzyk i miałem swój
niezależny pokój. Nie było światła elektrycznego, nie było wody
(studnia), pokój był bardzo ubogi: łóżko z desek, jeden stół stary i
chwiejący się, dwa krzesła i jeden regalik na książki. Boże, jak to było
miło. Na pewno czuję się szczęśliwszy niż bogowie z Olimpu paryskiego.
Kuchnia dobra, wiejska, prosta ale bez skąpstwa. Był to stary pałac
letni myśliwski Sapiehów. Kiedyś, przed 1863 stał i kościół, był pałacyk
z kilkoma pokojami. Myśmy mieszkali w oficynie. Pałac był w remoncie.
Kościół został cały zburzony przez Rosjan po powstaniu styczniowym 1863
roku, mnisi kartuzi – wywiezieni. Z kościoła została tylko zburzona
bardzo wieża i mury w ziemi do 2 metrów szerokości. Sad-ogród duży – 3
hektary, może 4. X. Siuda tam posadził 150 nowych drzew owocowych. Razem
było 300. Mieliśmy trochę ziemi w ogrodzie i za kościołem parafialnym w
Berezie Kartuskiej wydzierżawionych 50 morgów małych (100 pomorskich).
Były 3 konie, 3 krowy, 5 świń. Miasto liczyło około 10 tysięcy
mieszkańców, 52% żydów, potem 23% katolików, 27% prawosławnych. Był tam
sławny obóz koncentracyjny (720 więźniów przy rozpoczęciu wojny, a tak
norm[alnie] 350 ludzi i 500 policji). Klasztor nasz, przy cmentarzu i
obóz koncentracyjny był trochę za miastem, w stronę Rosji. Kościół
parafialny po zupełnie przeciwnej stronie. X. Siuda zajmował się
odbudową sali balowej, którą zamieniono na kaplicę. Wszystko robili
więźniowie z obozu. Przychodziło ich dziennie od 20 do 50 ludzi z opieką
policji, na 5 więźniów 1 policjant. Mieli kontrole oficerów. Z
klasztoru do obozu było najwyżej 600 metrów. Chodziło się tam na kolacje
do oficerów, lekarza etc., rzadko, może 2 razy na miesiąc. W domu
klasztornym było nas 3: x. rektor Siuda, zajmował się odbudową całości,
pałacu i kaplicy, rolą, x. Gliszczyński Leon, przede wszystkim zajęty
był w szkołach, a gdy ja przyszedłem, prowadził w całej diecezji misje
lub rekolekcje; mało go było w domu, i ja Wroński, objąłem szkoły:
Bereza Kartuska 2 razy w tygodniu po 7 godzin, Bereza Kartuska – wtorek 4
godziny, Błudeń (stacja kolejowa) – 7 km, środa – 3 godziny, czwartek
Bereza Kartuska, piątek 8 km – 4 godziny, pięć szkół. Pracy było dużo.
Gdy było sucho, jeździłem rowerem w długim prochowniku białym, w jesieni
i zimie – konno lub wozem albo sankami. W sobotę 2 godziny spowiedzi, w
niedziele Msze o 7. rano, o 10. w klasztorze (zawsze było pełno ludzi,
do 400 osób) i o 12 w Berezie Kartuskiej w mieście. Po południu
nieszpory, majowe nabożeństwa lub różańcowe.
[s. 33] Byłem bardzo zadowolony z pracy. X. Rektor bardzo dobry. Leoś przyjeżdżał raz na miesiąc na 2 dni i wyjeżdżał znowu. W domu byłem tylko z rektorem, jednym bratem gospodarzem i jednym postulantem kucharzem. Oh, jak ten gotował (musiałem zawsze go dopilnować). Jedzenie było bardzo dobre. Raz kazałem mu zrobić galaretę. Nakroił duże kawały uszów z włosami – 12 misek i zalał gorącą wodą. Ja przychodzę ze szkoły około 14 godziny i patrzę, kładłem się ze śmiechu. Musieliśmy wszystko oczyścić, pokroić w kawałki z żelatyną (nogi cielęce) zagotować i po ogoleniu uszu wszystko było bardzo dobre. Potem już często sam gotowałem czy piekłem mięso. Ale piękne to były czasy. Nieraz byłem bardzo zmęczony, że zasypiałem przy stole; prowadzili mnie do łóżka i tak w ubraniu spałem do rana.
X. Siuda czytał wieczorem gazety. Ja chodziłem na pocztę każdego dnia o 16.30. Było tam bardzo mało inteligencji polskiej. Poczta, obóz, magistrat i nauczycielstwo. Jeden kupiec z poznańskiego, ale tego Żydzi położyli ekonomicznie i wyjechał. Często schodziliśmy się razem wieczorami lub gdy była jakaś uroczystość państwowa lub miejska. My, księża, musieliśmy zawsze przemawiać.
Żydzi raczej nas znosili. Wielu było życzliwych. Nieraz były zabawne zdarzenia. Raz idę po pocztę i przybiega do mnie jeden starszy Żyd, 50 lat, ja 27. Pokłócił się z sąsiadem i tak zaczyna: „Panie ksiądz, ten Mojsze, to niemożliwy, wyzywa mnie na drogę, moją Ryfkę i dzieci. Co komu do jemu a jemu do komu; niech się on patrzy a ja siebie. A niech pan ksiądz przyjdzie do mnie. Ja mieszkam na ulicy Kościuszkiego 23. Przyjdzie pan ksiądz? Już, już, może i teraz albo zaraz potem. Ten skubaniec sąsiad. Do widzenia, panie ksiądz”. I poszedł, ja też. Jak to w domu opowiedziałem, leżeli od śmiechu.
Nauczyciele, nauczycielki mieli czasem imieniny. Lud był bardzo oddany Kościołowi i księdzu, i nauczycielom. Gdy czasem rowerem z innymi pojechałem w niedzielę po nieszporach do okolicznych wiosek, to gdy tylko ludzie widzieli, że ksiądz wszedł do szkoły, to zaraz matki lub najczęściej dzieci przychodziły z masłem, kiełbasą lub surowym boczkiem do Pani: „a mama przysłała jajka, chleb, masło albo coś innego, by Pani mogła przyjąć gości i księdza”. Wzruszające. Potem „kupą” wracało się do domu. W szkole zajmowałem się dziećmi, przedstawieniami. Sale dostałem z obozu (w domu policji). Wiele przy przedstawieniach pomagała mi pani doktorowa, żona doktora obozowego, krakowianka. Podarła swój ślubny welon, by uszyć suknie balowe dla dzieci. Sama szyła.
Z miejscowym proboszczem (starszy – 60 lat) były bardzo zgodne stosunki, najlepsze z x. Stasiem, [z] 7 km odległej parafii. Na jego imieniny pojechałem z rektorem (niedziela) rowerem. Ja wróciłem rano z obolałą głową. Rektor wrócił dopiero we czwartek, bo pojechali na polowanie. Ubili dwie sarny, z jednej u nas w domu zrobili pasztet; było tego ¾ balii (sic). Starczyło na 5 miesięcy. Z komendantem obozu jechał rektor czasem (raczej rzadko) na polowanie na wilki. Siedzieli od 1 do 2 w nocy do rana na wierzbie, a rektor mi opowiadał, że jeszcze tak w życiu gorliwie się nie modlił, by wilki nie przyszły. Gdy zleźli nad ranem skostniali z drzewa, to idąc do samochodu widzieli dwa, ale rozruszały się im nogi do biegania. Gdy już byli w samochodzie, to strzelali do wilków, ale za późno. Bali się obaj okropnie. Ja z nich się cały miesiąc śmiałem. Często [s. 34] przychodził nadkomisarz, pan Kłamszyński do nas, lub my do nich. Uczyłem ich 12-letnią córkę. Bardzo pilna uczennica. Raz po sumie państwo Kłamszyńscy przychodzili każdej niedzieli na Mszę św., doktorowie bardzo często, komendant rzadziej, ale do spowiedzi chodził. Komendant zginął w Oświęcimiu, pana Kłamszyńskiego spotkałem w 1939 roku na Gwiazdkę w Warszawie. Innych, oprócz kilku policjantów, którzy schronili się w wojnie w Warszawie (koszary wojskowe) nie spotkałem. Ale o tym potem. Otrzymaliśmy przez x. Krakora samochód z Francji, Polski Fiat 508. X. Siuda złożył prawo jazdy w Brześciu Litewskim, ale często z nami i to przy kierownicy jechał pan Nadolski, policjant z obozu. Z panią Nadolską pracowałem razem w szkole w Błudeniu (stacja kolejowa).
Oprac. i przygotował do druku ks. Stanisław Tylus SAC
[s. 33] Byłem bardzo zadowolony z pracy. X. Rektor bardzo dobry. Leoś przyjeżdżał raz na miesiąc na 2 dni i wyjeżdżał znowu. W domu byłem tylko z rektorem, jednym bratem gospodarzem i jednym postulantem kucharzem. Oh, jak ten gotował (musiałem zawsze go dopilnować). Jedzenie było bardzo dobre. Raz kazałem mu zrobić galaretę. Nakroił duże kawały uszów z włosami – 12 misek i zalał gorącą wodą. Ja przychodzę ze szkoły około 14 godziny i patrzę, kładłem się ze śmiechu. Musieliśmy wszystko oczyścić, pokroić w kawałki z żelatyną (nogi cielęce) zagotować i po ogoleniu uszu wszystko było bardzo dobre. Potem już często sam gotowałem czy piekłem mięso. Ale piękne to były czasy. Nieraz byłem bardzo zmęczony, że zasypiałem przy stole; prowadzili mnie do łóżka i tak w ubraniu spałem do rana.
X. Siuda czytał wieczorem gazety. Ja chodziłem na pocztę każdego dnia o 16.30. Było tam bardzo mało inteligencji polskiej. Poczta, obóz, magistrat i nauczycielstwo. Jeden kupiec z poznańskiego, ale tego Żydzi położyli ekonomicznie i wyjechał. Często schodziliśmy się razem wieczorami lub gdy była jakaś uroczystość państwowa lub miejska. My, księża, musieliśmy zawsze przemawiać.
Żydzi raczej nas znosili. Wielu było życzliwych. Nieraz były zabawne zdarzenia. Raz idę po pocztę i przybiega do mnie jeden starszy Żyd, 50 lat, ja 27. Pokłócił się z sąsiadem i tak zaczyna: „Panie ksiądz, ten Mojsze, to niemożliwy, wyzywa mnie na drogę, moją Ryfkę i dzieci. Co komu do jemu a jemu do komu; niech się on patrzy a ja siebie. A niech pan ksiądz przyjdzie do mnie. Ja mieszkam na ulicy Kościuszkiego 23. Przyjdzie pan ksiądz? Już, już, może i teraz albo zaraz potem. Ten skubaniec sąsiad. Do widzenia, panie ksiądz”. I poszedł, ja też. Jak to w domu opowiedziałem, leżeli od śmiechu.
Nauczyciele, nauczycielki mieli czasem imieniny. Lud był bardzo oddany Kościołowi i księdzu, i nauczycielom. Gdy czasem rowerem z innymi pojechałem w niedzielę po nieszporach do okolicznych wiosek, to gdy tylko ludzie widzieli, że ksiądz wszedł do szkoły, to zaraz matki lub najczęściej dzieci przychodziły z masłem, kiełbasą lub surowym boczkiem do Pani: „a mama przysłała jajka, chleb, masło albo coś innego, by Pani mogła przyjąć gości i księdza”. Wzruszające. Potem „kupą” wracało się do domu. W szkole zajmowałem się dziećmi, przedstawieniami. Sale dostałem z obozu (w domu policji). Wiele przy przedstawieniach pomagała mi pani doktorowa, żona doktora obozowego, krakowianka. Podarła swój ślubny welon, by uszyć suknie balowe dla dzieci. Sama szyła.
Z miejscowym proboszczem (starszy – 60 lat) były bardzo zgodne stosunki, najlepsze z x. Stasiem, [z] 7 km odległej parafii. Na jego imieniny pojechałem z rektorem (niedziela) rowerem. Ja wróciłem rano z obolałą głową. Rektor wrócił dopiero we czwartek, bo pojechali na polowanie. Ubili dwie sarny, z jednej u nas w domu zrobili pasztet; było tego ¾ balii (sic). Starczyło na 5 miesięcy. Z komendantem obozu jechał rektor czasem (raczej rzadko) na polowanie na wilki. Siedzieli od 1 do 2 w nocy do rana na wierzbie, a rektor mi opowiadał, że jeszcze tak w życiu gorliwie się nie modlił, by wilki nie przyszły. Gdy zleźli nad ranem skostniali z drzewa, to idąc do samochodu widzieli dwa, ale rozruszały się im nogi do biegania. Gdy już byli w samochodzie, to strzelali do wilków, ale za późno. Bali się obaj okropnie. Ja z nich się cały miesiąc śmiałem. Często [s. 34] przychodził nadkomisarz, pan Kłamszyński do nas, lub my do nich. Uczyłem ich 12-letnią córkę. Bardzo pilna uczennica. Raz po sumie państwo Kłamszyńscy przychodzili każdej niedzieli na Mszę św., doktorowie bardzo często, komendant rzadziej, ale do spowiedzi chodził. Komendant zginął w Oświęcimiu, pana Kłamszyńskiego spotkałem w 1939 roku na Gwiazdkę w Warszawie. Innych, oprócz kilku policjantów, którzy schronili się w wojnie w Warszawie (koszary wojskowe) nie spotkałem. Ale o tym potem. Otrzymaliśmy przez x. Krakora samochód z Francji, Polski Fiat 508. X. Siuda złożył prawo jazdy w Brześciu Litewskim, ale często z nami i to przy kierownicy jechał pan Nadolski, policjant z obozu. Z panią Nadolską pracowałem razem w szkole w Błudeniu (stacja kolejowa).
Oprac. i przygotował do druku ks. Stanisław Tylus SAC
Aucun commentaire:
Enregistrer un commentaire