jeudi 9 février 2017

(F) "Mon Père" - Jan Wronski


Mon Curé à la Paroisse de Oignies et "mon Père."


(De 1950 à 1959, il est le curé de la Paroisse de Saint Joseph à Oignies Libercourt où je suis l'un de ses enfants de chœurs à partir de 1954. Tous les jeudis, il y a catéchisme avec lui. 1 semaine par mois, il y a une messe à servir à 7h avant l'école. L'après midi du jeudi il fait des séances de cinéma à 10 francs anciens ( Charly Chaplin, etc ...). Tout au long de l'année, il organise de très nombreuses cérémonies religieuses, du théâtre, des fêtes, et beaucoup de pèlerinages et de voyages. Je fais ses courses, je compte les milliers d'anciens francs que lui donnent ses paroissiens ( un ancien franc = 0,01 nouveau franc = 0,15 centimes d 'euros), je vends l'hebdomadaire "La Pologne Fidèle" ( catholique, qui devient Glos Katolicki en 1960) et des dizaines de calendriers. En juin 1957, je lui remets une rédaction en polonais qui sert d'examen de passage en 6° alors que je ne suis qu'en CM1. Puis avant mon départ du Collège de Osny, il me met en garde contre les difficultés de la vie. J'ai vécu très près de lui. En 1958, tous les trois mois, il passe à Osny et m'apporte un colis de victuailles de ma mère. En 1959, il est l'économe du Collège d'Osny. Mais ce n'est plus mon curé. A 70 ans, je le considère toujours comme "mon Père". A côté de ma grand-mère qui est ma véritable mère. On pensait parfois que j'étais le petit frère de mon oncle, son dernier fils. Nous étions en pays polonais et en pays catholique où le curé était le saint du village.)

(A dix ans, communion solennelle au premier rang et, derrière, "Mon Père". Il a 46 ans)


Jan Wronski

 WROŃSKI Jan (1911 – 1998), ksiądz, więzień obozów Auschwitz i Dachau, duszpasterz polonijny we Francji, rekolekcjonista
Wronski Jean (1911 - 1998), prêtre, déporté à Auschwitz et Dachau, prêtre polonais en France, responsable de retraites catholiques.

Urodził się 11 XII 1911 w Kokoszkach (obecnie dzielnica Gdańska), w diecezji chełmińskiej, jako syn Jana i Anny z d. Kobierowska. Ojciec był urzędnikiem państwowym poczty i osiadł w Lipuszu, gdzie posiadał własny dom. Jan naukę w szkole powszechnej rozpoczął jeszcze w języku niemieckim, przed przeprowadzeniem się w granice państwa polskiego, a kontynuował w Lipuszu. 1 IX 1925 rozpoczął naukę w pallotyńskim gimnazjum w Sucharach, a następnie przeniósł się do Wadowic. Po ukończeniu gimnazjum otrzymał 21 VIII 1930 pallotyńską sutannę w Sucharach, z rąk ks. Wojciecha Turowskiego. Pierwszą konsekrację złożył 19 III 1932. Studia filozoficzno-teologiczne odbył w Sucharach i ostatnie 2 lata w Ołtarzewie. Święcenia kapłańskie otrzymał 11 VI 1938 w Warszawie z rąk abpa Stanisława Galla. Przez rok (1 VIII 1938 – 18 IX 1939) pracował jako katecheta w szkole powszechnej w Berezie Kartuskiej oraz w 4 innych okolicznych szkołach. Pomagał również w pracy duszpasterskiej (spowiednik, kaznodzieja) i prowadził rekolekcje.

Il est né le 11 /12/1911 à Kokoszki ( actuellement un quartier de Gdansk), dans le diosèse de Chelmno, fils de Jean et Anna née Kobierowska. Son père était fonctionnaire à la Poste et il vivait à Lipusz où il était propriétaire d'une maison. Jean a commencé son école primaire en allemand avant de venir s'installer sur le territoire polonais et il l'a continué à Lipusz. Le 1/IX/1925 il a commencé ses études au collège des Pallotins de Suchary puis il déménage à Wadowice. A la fin de ses études, il reçoit sa soutane à Suchary des mains de l'abbé Wojciech Turowski. Il reçoit sa première consécration  lr 19/III/1932. Il étudie la philosophie et la théologie à Suchary et les deux dernières années à Oltarzewo. Il est ordonné prêtre le 11/VI/1938 à Varsovie par l'archevêque Stanislas Gall. Pendant un an, il est catéchumène à l'école primaire de Bereza Kartuska et dans les 4 écoles environnantes. Il aide le curé local ( sermons et confessions) et il dirige des retraites.

Po inwazji sowieckiej opuścił Berezę i po kilkutygodniowej tułaczce udał się do Radomia. Wkrótce przeniósł się do Ołtarzewa, by od 1 XI 1939 zostać kapelanem w szkole Stowarzyszenia Pań „Nauka i Praca” na Żoliborzu w Warszawie; zajął się też pracą duszpasterską w różnych parafiach warszawskich. W VI 1940 został kapelanem Szpitala Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Książęcej. 12 VIII 1940, gdy wracał ze szpitala, został w czasie łapanki ulicznej wywleczony przez Niemców z tramwaju i aresztowany. Następnie osadzono go w koszarach szwoleżerów, a 15 VIII 1940 przewieziono do Auschwitz. Jechał w pierwszym transporcie 1666 więźniów z Warszawy do Auschwitz. Tam esesmani ubrali go w komżę, którą miał w teczce, na szyi zawiesili mu jego różaniec, przewrócili na ziemię i wśród wrzasków i śmiechów tarzali w błocie razem z Żydem, „przyjacielem polskich księży”, i z uciechą wykrzykiwali. Tego samego dnia przydzielono go do karnej kompanii. Jako duchowny był codziennie zabierany do najcięższych prac obozowych, do ciągnięcia olbrzymiego walca (w tej pracy zaangażowanych było 15 księży i 15 Żydów). Esesmani i kapo znęcali się nad nim, tylko dlatego, że był księdzem; prześcigali się też w pomysłach dręczenia, napawając się przy tym radością i wybuchami śmiechu. W obozie „Śpieszył się zawsze, aby zdążyć pocieszać i rozgrzeszać więźniów, którzy prosili o pomoc duchową. Potrafił on przekonywać kolegów w niedoli, aby otwierali swoje serca na działanie Ducha Świętego. Przyłapany przez esesmana, gdy robił znak krzyża nad konającym, został okrutnie pobity. Miał opuchnięte ręce, którymi się osłaniał, również i plecy. Z trudem się poruszał”. Po 5 miesiącach został przewieziony do Dachau (12 XII 1940) i oznaczony numerem 22236. Prowadzono na nim pseudonaukowe badania, zarażając malarią, które osłabiła mu serce i nadwyrężyła ogólny stan zdrowia.


Après l'invasion soviétique, il quitte Bereza et finit par se retrouver à Radom. Rapidement il déménage à Oltarzew où à compter du 1/IX/1939 il devient aumônier de l'Ecole de l'association des Dames " Enseignement et Travail" de Zoliborz à Varsovie: il est également prêtre dans différentes paroisses. En juin 1940 il est aumônier de l'Hôpital du Dispensaire Social de la rue Siazeca. Le 12/VIII/1940, au moment où il rentre de l'hôpital il est tombe dans une rafle de rue, tiré du tramway  et arrêté. Enfermé dans la caserne des Chevaux Légers, le 15/VIII/1940, il est transporté à Auschwitz. Il se trouve dans le premier voyage de 1666 prisonniers de Varsovie à Auschwitz. Sur place les SS l'habille du surplis qu'il avait dans son sac, à son cou, il accroche son chapelet, puis le renverse sur le sol parmi les cris et les rires et le traîne dans la boue avec un juif "ami des prêtres polonais". Ce même jour, on le met sans une colonne disciplinaire. En temps que prêtre, on lui donne les travaux quotidiens les plus difficiles dans le camp, on lui fait tirer un énorme cylindre pour lequel on employait 15 prêtres et 15 juifs. Les SS et le kapo le maltraitait parce qu'il était prêtre, il lui faisait subir des traitements tous pires les uns que les autres. Au camp " il s'empressait de soutenir et consoler les détenus, qui lui demandait une aide spirituelle". Il parvenait à persuader ses compagnons d'infortune d'ouvrir leur coeur à l'action du Saint Esprit et à les absoudre". Surpris par un SS au moment où iol faisait un signe de croix sur un agonisant, il est brutalement battu. Ses mains sont gonflées avec lesquelles il se protège de même que les épaules. Il se meut avec difficultés. Au bout de 5 mois on l'emmène à Dachau ( 12/XII/1940) et on lui donne le n° 22236. On mène sur lui des expériences pseudo scientifiques, on lui inocule la malaria, son coeur s'affaiblit et sa santé est forment entamée.


Po wyzwoleniu obozu (29 IV 1945) udał się do Francji i jako członek regii francuskiej pracował początkowo w Chevilly k. Orleanu, a potem w Osny, gdzie przez 2 lata był ekonomem i wychowawcą chłopców (prefektem) w nowo otwartym Sierocińcu św. Stanisława Kostki, a w latach 1947-50 jego dyrektorem. W 1950 przeszedł do Oignies, do pomocy ks. Bronisławowi Wiatrowi, a po roku, został tam kierownikiem polskiego duszpasterstwa (parafia miała filie w Libercourt i Carvin). W I 1959 wrócił do Osny na stanowisko ekonoma (tu od 1950 funkcjonowało gimnazjum przeniesione z Chevilly k. Orleanu), na którym posługiwał przez 3 i pół roku, do śmierci ks. B. Wiatra (†19 V 1963), by po nim objąć placówkę duszpasterską w Amiens (wcześniej był tu duszpasterzem przez kilka pierwszych miesięcy 1960). Prowadził ją do 1977, początkowo mieszkając na miejscu, a od lat 70. dojeżdżając z Osny. Następnie wrócił do Osny, spełniając różne funkcje, m.in. był rektorem domu i pracował wśród polskich emigrantów (od 1975 w Dijon i w okolicach – 2 razy w miesiącu oraz we wszystkie święta kościelne).


Après sa libération des camps le 19/IV/1945, il se rend en France où en tant que régisseur il commence à travailler à Chevilly près d'Orléans puis à Osny ou pendant deux ans il est économe et éducateur ( préfet des études) dans l'Orphelinat nouvellement construit Saint Stanislas Kostka et en tant que directeur de 1947 à 1950. En 1950 il s'installe à Oignies et il aide l'abbé Bronislas Wiater puis l'année suivante il devient le responsable de la paroisse avec des filiale à Libercourt et Carvin. En janvier 1959, il revient à Osny comme économe pour 3 ans et demi jusqu'au décès de l'abbé Bronislaw Wiater ( le 19 mai 1963) et il lui succède à Amiens. Il y avait déjà passé les premiers mois de 1960. Il y reste jusqu'en 1977 et à partir de ses 70 ans il y intervient depuis Osny. Il revient définitivement à Osny comme recteur et en direction d'émigrés polonais. Depuis 19975 à Dijon et environ à raison de 2 fois par mois et à l'occasion des fêtes de l'église.

Pod koniec życia zaczęły nasilać się choroby powstałe na skutek cierpień obozowych. Ograniczały one jego możliwości duszpasterskie i powodowały narastające inwalidztwo, które znosił cierpliwie i odważnie. Z początkiem 1998 zachorował ciężko i znalazł się w szpitalu. Miesiąc przed śmiercią przeżywał jeszcze w gronie współbraci, rodziny i przyjaciół jubileusz 60-lecia kapłaństwa. Zmarł 13 VII 1998 w Pontoise k. Paryża. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 16 VII w Osny. Uczestniczyli w nich współbracia pallotyni, pallotynki, rodzina zmarłego przybyła z Polski i Niemiec oraz przedstawiciele byłych więźniów obozów koncentracyjnych, przyjaciele i znajomi. Został pochowany na pallotyńskim cmentarzu w Osny.



A la fin de sa vie, ses forces déclinent suite aux mauvais traitements subits dans le camps. Elles limitaient ses activités pastorales et augmentaient son invalidité qu'il supportait avec courage et patience. Au début de 1998 il tombe gravement malade et il est hospitalisé. Le mois avant sa mort fête des 60 ans de prêtrise  au milieu de ses compagnons, de sa famille et de ses amis. Il meurt le 13 juillet 1998 à Pontaoise près de paris. Les funérailles se déroulent à Osny le 16. Y participent  ses compagnons, des pallotins et des pallotines, sa famille venue de Pologne et d'Allemagne ainsi que des représentants de anciens déportes des camps de concentrations, des amis et des connaissances. Il est enterré au cimetière pallotin d'Osny.


Wśród towarzyszy niedoli obozowej uchodził za człowieka pełnego poświęcenia i podtrzymującego na duchu. Jeden z nich, dr Władysław Lewkowicz, złożył następujące świadectwo: „Całe swoje życie poświęciłeś służbie Bogu i służyłeś Mu jak najwierniej. […] Któż jest w stanie dzisiaj docenić czy policzyć, iluż to nieszczęsnym, zamęczonym i cierpiącym współwięźniom, pocieszając, przybliżyłeś Boga. Iluż to kolegom ginącym, odpuszczając grzechy, przybliżyłeś nieba. Wreszcie jeszcze innym, prowadząc ewangelizację, pomagałeś otwierać swoje serca na działanie Ducha Świętego. […] Zawsze zadziwiałeś nas swoją postawą i godnością, podtrzymując na duchu, często narażając swoje życie, przez 5 lat pobytu w obozie koncentracyjnym. Twoje bogate życie duchowe nie szczędziło ci ciężkich doświadczeń. W swojej wielkiej skromności pobyt w obozach uważałeś jako swoje przesłanie z Woli Bożej. Dzisiaj z czystym sercem mogę powiedzieć: dzięki Ci, Panie, że dałeś nam takiego księdza, ojca, pallotyna”.



Parmi ses compagnons d'infortune il était considéré comme un home profondément dévoué et apportant un grand soutien spirituel. Parmi ceux-ci, le dr Ladislas Lewkowicz apporte ce témoignage: "Tu a consacré route ta vie au service de Dieu et tu l'as servie le plus fidèlement. Qui peut parvenir à trouver la mesure de tous ce que aux malheureux aux torturés et aux souffrants tu as apporté comme réconfort  et comme rapprochement de Dieu. Tu nous as sans cesse étonné par ta stature et ta dignité, nous apportant du courage tout en risquant sans cesse ta vie pendant ton séjour de 5 ans an camp de concentration. Ta riche vie morale ne t'a pas épargné de rudes épreuves. Dans ta modestie tu considère ton séjour dans les camps comme une décision de la Volonté Divine. Maintenant, le coeur pur, le peux dire: merci à toi, mon Dieu pour m'avoir donné ce prêtre, ce père, ce pallotin".
 
Pobyt w obozach wywarł dominujący wpływ na całe późniejsze spojrzenie ks. Jana na Boga, świat i ludzi. Był to czas realizacji powołania kapłańskiego. Rok przed swoją śmiercią, podczas imienin, ks. Wroński powiedział, że na dnie cierpienia, w obozie koncentracyjnym, doświadczył, że Bóg jest Miłosierdziem i jego obecność była wtedy najbardziej odczuwalna. Ks. Stefan Treuchel, jego towarzysz życia określił ks. Wrońskiego jako człowieka cierpienia i głębokiej wiary. Mimo obozowych doświadczeń, które wywarły swój wpływ na niego pozostał nadal człowiekiem pogodnego ducha i otwartym na innych; nazywano go „Wujem”.



Son séjour dans les camps a exercé sur l'abbé Jean un influence sur son regard futur sur Dieu, le monde et les hommes. C'était le temps où se réalisait sa vocation de prêtre. Un an avant sa mort, lors de sa fête, l'abbé Wronski dit que ses jours de souffrances dans les camps de concentration, il a compris que Dieu est Charité et que sa présence est à ce moment là perceptible. L' Abbé Stéfan Treuchel son ami à définit l'abbé Wronski comme un homme de souffrance de  foi profonde. Malgré ses souffrances qui l'influencèrent énormément il a gardé un esprit paisible et ouvert aux autres; on l'appelait "l"Oncle".


Ostatnio zmodyfikowano: 12 stycznia 2015 (uzupełniono 26 kwietnia 2015)
Tekst biogramu: Tylus Stanisław, Leksykon polskich pallotynów (1915-2012), Ząbki 2013, 619-621


Materiały źródłowe

Pallotyni w Berezie Kartuskiej (1938-39) w świetle Żywotu Jana Wrońskiego tuszem pisanego


Archiwum Regii Miłosierdzia Bożego w Paryżu posiada w swych zbiorach interesujące wspomnienia ks. Jana Wrońskiego (†1998), więźnia obozów Auschwitz i Dachau a następnie duszpasterza polonijnego we Francji. Chronologicznie obejmują one czasy od urodzenia ks. Jana (1911) do początku roku 1983. Zostały też przepisane na komputerze i czekają na opracowanie redakcyjne. Z tych wspomnień wybrałem i przygotowałem do druku fragment dotyczący lat 1938-39, kiedy ks. Jan pracował w Berezie Kartuskiej (s. 32-34; całość liczy 117 stron). Rektorem tego domu był wówczas ks. Walerian Siuda (†1953). Był tam jeszcze ks. Leon Chamier-Gliszczyński (†1996) ** i dwaj bracia.
****************************
Każdy z nas nowo wyświeconych czekał na swoją placówkę. Ja już wiedziałem od marca, [że] x. rektor z Berezy Kartuskiej pisał, że potrzebuje jednego księdza do pomocy. Warunki: zdrowy jak koń, żołądek zdrowy jak koń, długie buty – jak koń kopyt (sic!). Odpisałem mu, że mnie się wydaje, że to wszystko mam i w takim zakresie jak on pisze. Odpisał mi, że przyjmie mnie i załatwi z przełożonymi moją posadę. Tak też było. Ale mi dopiero powiedzieli, że tam pójdę, 2 dni po świeceniach kapłańskich: stawić się w Berezie Kartuskiej 6 sierpnia 1938 w klasztorze. Jeździłem jeszcze żegnać się z krewnymi, pojechałem do Warszawy, potem do Brześcia i do Berezy Kartuskiej. A stamtąd żydowską bryczką do Berezy Kartuskiej, do klasztoru. Pojechałem tam przed obiadem, x. Siuda czekał na mnie. Pokazał mi mój pokój, on musiał przechodzić przez mój do swego, ale po 2 miesiącach odcięto już mały korytarzyk i miałem swój niezależny pokój. Nie było światła elektrycznego, nie było wody (studnia), pokój był bardzo ubogi: łóżko z desek, jeden stół stary i chwiejący się, dwa krzesła i jeden regalik na książki. Boże, jak to było miło. Na pewno czuję się szczęśliwszy niż bogowie z Olimpu paryskiego. Kuchnia dobra, wiejska, prosta ale bez skąpstwa. Był to stary pałac letni myśliwski Sapiehów. Kiedyś, przed 1863 stał i kościół, był pałacyk z kilkoma pokojami. Myśmy mieszkali w oficynie. Pałac był w remoncie. Kościół został cały zburzony przez Rosjan po powstaniu styczniowym 1863 roku, mnisi kartuzi – wywiezieni. Z kościoła została tylko zburzona bardzo wieża i mury w ziemi do 2 metrów szerokości. Sad-ogród duży – 3 hektary, może 4. X. Siuda tam posadził 150 nowych drzew owocowych. Razem było 300. Mieliśmy trochę ziemi w ogrodzie i za kościołem parafialnym w Berezie Kartuskiej wydzierżawionych 50 morgów małych (100 pomorskich). Były 3 konie, 3 krowy, 5 świń. Miasto liczyło około 10 tysięcy mieszkańców, 52% żydów, potem 23% katolików, 27% prawosławnych. Był tam sławny obóz koncentracyjny (720 więźniów przy rozpoczęciu wojny, a tak norm[alnie] 350 ludzi i 500 policji). Klasztor nasz, przy cmentarzu i obóz koncentracyjny był trochę za miastem, w stronę Rosji. Kościół parafialny po zupełnie przeciwnej stronie. X. Siuda zajmował się odbudową sali balowej, którą zamieniono na kaplicę. Wszystko robili więźniowie z obozu. Przychodziło ich dziennie od 20 do 50 ludzi z opieką policji, na 5 więźniów 1 policjant. Mieli kontrole oficerów. Z klasztoru do obozu było najwyżej 600 metrów. Chodziło się tam na kolacje do oficerów, lekarza etc., rzadko, może 2 razy na miesiąc. W domu klasztornym było nas 3: x. rektor Siuda, zajmował się odbudową całości, pałacu i kaplicy, rolą, x. Gliszczyński Leon, przede wszystkim zajęty był w szkołach, a gdy ja przyszedłem, prowadził w całej diecezji misje lub rekolekcje; mało go było w domu, i ja Wroński, objąłem szkoły: Bereza Kartuska 2 razy w tygodniu po 7 godzin, Bereza Kartuska – wtorek 4 godziny, Błudeń (stacja kolejowa) – 7 km, środa – 3 godziny, czwartek Bereza Kartuska, piątek 8 km – 4 godziny, pięć szkół. Pracy było dużo. Gdy było sucho, jeździłem rowerem w długim prochowniku białym, w jesieni i zimie – konno lub wozem albo sankami. W sobotę 2 godziny spowiedzi, w niedziele Msze o 7. rano, o 10. w klasztorze (zawsze było pełno ludzi, do 400 osób) i o 12 w Berezie Kartuskiej w mieście. Po południu nieszpory, majowe nabożeństwa lub różańcowe.

[s. 33] Byłem bardzo zadowolony z pracy. X. Rektor bardzo dobry. Leoś przyjeżdżał raz na miesiąc na 2 dni i wyjeżdżał znowu. W domu byłem tylko z rektorem, jednym bratem gospodarzem i jednym postulantem kucharzem. Oh, jak ten gotował (musiałem zawsze go dopilnować). Jedzenie było bardzo dobre. Raz kazałem mu zrobić galaretę. Nakroił duże kawały uszów z włosami – 12 misek i zalał gorącą wodą. Ja przychodzę ze szkoły około 14 godziny i patrzę, kładłem się ze śmiechu. Musieliśmy wszystko oczyścić, pokroić w kawałki z żelatyną (nogi cielęce) zagotować i po ogoleniu uszu wszystko było bardzo dobre. Potem już często sam gotowałem czy piekłem mięso. Ale piękne to były czasy. Nieraz byłem bardzo zmęczony, że zasypiałem przy stole; prowadzili mnie do łóżka i tak w ubraniu spałem do rana.

X. Siuda czytał wieczorem gazety. Ja chodziłem na pocztę każdego dnia o 16.30. Było tam bardzo mało inteligencji polskiej. Poczta, obóz, magistrat i nauczycielstwo. Jeden kupiec z poznańskiego, ale tego Żydzi położyli ekonomicznie i wyjechał. Często schodziliśmy się razem wieczorami lub gdy była jakaś uroczystość państwowa lub miejska. My, księża, musieliśmy zawsze przemawiać.

Żydzi raczej nas znosili. Wielu było życzliwych. Nieraz były zabawne zdarzenia. Raz idę po pocztę i przybiega do mnie jeden starszy Żyd, 50 lat, ja 27. Pokłócił się z sąsiadem i tak zaczyna: „Panie ksiądz, ten Mojsze, to niemożliwy, wyzywa mnie na drogę, moją Ryfkę i dzieci. Co komu do jemu a jemu do komu; niech się on patrzy a ja siebie. A niech pan ksiądz przyjdzie do mnie. Ja mieszkam na ulicy Kościuszkiego 23. Przyjdzie pan ksiądz? Już, już, może i teraz albo zaraz potem. Ten skubaniec sąsiad. Do widzenia, panie ksiądz”. I poszedł, ja też. Jak to w domu opowiedziałem, leżeli od śmiechu.

Nauczyciele, nauczycielki mieli czasem imieniny. Lud był bardzo oddany Kościołowi i księdzu, i nauczycielom. Gdy czasem rowerem z innymi pojechałem w niedzielę po nieszporach do okolicznych wiosek, to gdy tylko ludzie widzieli, że ksiądz wszedł do szkoły, to zaraz matki lub najczęściej dzieci przychodziły z masłem, kiełbasą lub surowym boczkiem do Pani: „a mama przysłała jajka, chleb, masło albo coś innego, by Pani mogła przyjąć gości i księdza”. Wzruszające. Potem „kupą” wracało się do domu. W szkole zajmowałem się dziećmi, przedstawieniami. Sale dostałem z obozu (w domu policji). Wiele przy przedstawieniach pomagała mi pani doktorowa, żona doktora obozowego, krakowianka. Podarła swój ślubny welon, by uszyć suknie balowe dla dzieci. Sama szyła.

Z miejscowym proboszczem (starszy – 60 lat) były bardzo zgodne stosunki, najlepsze z x. Stasiem, [z] 7 km odległej parafii. Na jego imieniny pojechałem z rektorem (niedziela) rowerem. Ja wróciłem rano z obolałą głową. Rektor wrócił dopiero we czwartek, bo pojechali na polowanie. Ubili dwie sarny, z jednej u nas w domu zrobili pasztet; było tego ¾ balii (sic). Starczyło na 5 miesięcy. Z komendantem obozu jechał rektor czasem (raczej rzadko) na polowanie na wilki. Siedzieli od 1 do 2 w nocy do rana na wierzbie, a rektor mi opowiadał, że jeszcze tak w życiu gorliwie się nie modlił, by wilki nie przyszły. Gdy zleźli nad ranem skostniali z drzewa, to idąc do samochodu widzieli dwa, ale rozruszały się im nogi do biegania. Gdy już byli w samochodzie, to strzelali do wilków, ale za późno. Bali się obaj okropnie. Ja z nich się cały miesiąc śmiałem. Często [s. 34] przychodził nadkomisarz, pan Kłamszyński do nas, lub my do nich. Uczyłem ich 12-letnią córkę. Bardzo pilna uczennica. Raz po sumie państwo Kłamszyńscy przychodzili każdej niedzieli na Mszę św., doktorowie bardzo często, komendant rzadziej, ale do spowiedzi chodził. Komendant zginął w Oświęcimiu, pana Kłamszyńskiego spotkałem w 1939 roku na Gwiazdkę w Warszawie. Innych, oprócz kilku policjantów, którzy schronili się w wojnie w Warszawie (koszary wojskowe) nie spotkałem. Ale o tym potem. Otrzymaliśmy przez x. Krakora samochód z Francji, Polski Fiat 508. X. Siuda złożył prawo jazdy w Brześciu Litewskim, ale często z nami i to przy kierownicy jechał pan Nadolski, policjant z obozu. Z panią Nadolską pracowałem razem w szkole w Błudeniu (stacja kolejowa).

Oprac. i przygotował do druku ks. Stanisław Tylus SAC

Aucun commentaire:

Enregistrer un commentaire